Stolarka

Dawniej bardzo często zawód przechodził z pokolenia na pokolenie. I choć dziś nie jest to już tak popularne, to jednak nadal, często nieświadomie, przyswajamy wiedzę zawodową rodziców. Właśnie tą drogą wdarło się we mnie stolarstwo.

Swoją przygodę z drewnem zacząłem dość wcześnie, bo już w podstawówce. Pewnie dlatego pierwszymi drewnianymi wytworami było to co było...

Zabawki

Moimi pierwszymi samodzielnymi wyrobami z drewna były zabawki. I bynajmniej nie były to klocki. Pierwszy karabin przepadł jako rekwizyt do szkolnego przedstawienia. Nie mojego. Wiele lat po jego zrobieniu wypożyczyłem go i już nie wrócił. Nie było mi go żal, bo nie ukrywajmy, dzieło sztuki to nie było.

Drugi karabin był już o wiele ciekawszy. Nie dość, że zdecydowałem się na zrobienie dubeltówki, to jeszcze dodatkowo użyłem więcej gatunków drewna. Oczywiście stosowałem do tego celu odpady, które znajdowałem. I tak lufy były sosnowe, kolba jesionowa. Do tego dwa gatunki mahoniu, jeden na stopkę kolby, drugi na przyrządy celownicze. A drobiazgi takie jak spusty, oraz ich osłona z drewna bukowego. I tylko połaczenie spustów z kurkami niezbyt eleganckie, bo zrobione z pręta puszczonego po wierzchu.

Trzeci i ostatni karabin nie był już tak bogaty w gatunki drewna. Cały sosnowy, za wyjątkiem mahoniowych przyrządów celowniczych, w tym podnoszonej szczerbinki. Zamek z kawałka aluminiowej rurki grubościennej, oraz skomplikowany system zapadek i sprężynek, schowany całkowicie pod drewnem, sprawia jednak, że karabin ten prezentuje się całkiem nieźle. Nawet w kontekście wielogatunkowej dubeltówki.

Karabiny

Gdzieś w międzyczasie pojawiło się jeszcze kilka drewnianych noży, z gatunku tych nie do masła. Po prostu podobało mi się łączenie różnych kolorów drewna. Ale na tym skończyła się moja produkcja drewnianych zabawek. Ich paradoksem było to, że bardziej bawiłem się podczas ich wykonania, niż nimi samymi.

Krzesła

W tym samym czasie, kiedy bawiłem się w karabiny z drewna zacząłem temat pewnych krzeseł. Nie pamiętam już jakim cudem one do nas trafiły i co nas tknęło, żeby je odrestaurować od zera. Niemniej, rozbiliśmy je na części i zacząłem szlifować...

Trochę to trwało, ponieważ krzesła były czarne. Bejca głęboko nie wchodzi, ale łatwo się też nie poddaje. A i krzesła były wystarczająco fikuśne, żeby stworzyć problem. Niemniej, w przeciągu jednego lata udało mi się skończyć temat szlifowania. Pozostało je złożyć w całość, posklejać, dorobić siedziska. No i na tym etapie nadeszła zima. Części krzeseł zostały schowane do kanciapy i zapadły w zimowy sen. Na wiosnę o nich zapomnieliśmy, a po dłuższym czasie, nie mogliśmy znaleźć wszystkich elementów. Porządki w otoczeniu nie pomagały w ich skompletowaniu.

Krzesła

W końcu, po ładnych kilku latach od rozpoczęcia renowacji, uznałem, że tak być nie może. W przyrodzie nic nie ginie i krzesła muszą dać się skompletować. Przeszukałem dokładnie kanciapę i przerzuciłem do góry nogami piwnicę, aż znalazłem. Posklejanie pozostało formalnością, dociąć siedziska i gotowe. Co prawda, cały czas brakuje tapicerki na siedzeniach, ale krzesła mogą być i są już używane na co dzień.

Pudełko

Cały czas kusił mnie jednak orzechowy fornir znaleziony podczas porządków. Ilość, jak na moje potrzeby, ogromna, niestety w bardzo wąskich kawałkach, dlatego też odpadała jakaś większa forma. No to dlaczego nie zrobić małego pudełka? Sklejka, linijka, trochę kleju... Ale nie mogło być zbyt prosto. Wykombinowałem sobie dość specyficzne zawiasy, pozwalające na ich całkowite ukrycie wewnątrz pudełka. Wyszło to całkiem nieźle, chociaż przymierzam się do ich ponownego wykonania. Aluminium na zawiasach nie do końca daje radę, mimo że pudełko raczej niewielkie.

Pudełko Pudełko

Wnętrze wykleiłem czarnym pluszem. Dlaczego? Bo akurat miałem takie coś pod ręką. W efekcie wyszło bardzo eleganckie pudełko w okleinie orzechowej.

Fotel do toaletki

Krótko po ostatecznym rozprawieniu się z krzesłami zwróciłem uwagę na działkowy "stojak na drewno". Dębowy fotel do toaletki z zieloną tapicerką. Niestety, takim meblom stanie pod chmurką nie służy. Tapicerka całkowicie zgniła, razem z wypełnieniem, którym była jeszcze trawa morska. Sprężyny posypały się od rdzy i tyle zostało z tapicerki...

Fotel

Ale to nie koniec zniszczeń. Nogi, mimo że z twardej dębiny, także nie wytrzymały. Wszystkie cztery nogi wymagały obcięcia zgniłych końcówek. Tym sposobem fotel obniżył się o około 5cm. Wyszlifować, posklejać i gotowe. Czym zastąpić oryginalną, charakterystycznie wybrzuszoną tapicerkę? Sklejka jako baza, na to coś na kształt poduszki z płótna i skrawki flizeliny w środek. wygląda to dobrze, niestety nie jest zbyt wygodne. Jest za miękkie, przez co wyraźnie czuje się sklejkę. Za to idealnie sprawdza się jako podnóżek.

Stolik kawowy

Jak do tej pory ukoronowaniem moich zmagań w stolarstwie jest stolik kawowy. Może nie jest to największe, ale na pewno najtrudniejsze, najbardziej skomplikowane i, subiektywnie, najładniejsze moje dzieło. A przy okazji, z najlepiej udokumentowanym procesem twórczym.

Stolik

Wszystko zaczęło się od porządków w piwnicy, podczas których znalazłem cztery brzozowe formatki na nogi. Dwie były już wstępnie uformowane, dwie nietknięte. Szybki wywiad ujawnił, że miały być to nogi do stolika, którym ojciec zajmował się jeszcze za czasów szkolnych. Nadanie nogom właściwych kształtów zabrało mi kilka miesięcy. Głównie za sprawą pracy prawie wyłącznie w weekendy. Kolejnym etapem była oskrzynia, czyli element mocujący nogi do blatu. Wybór padł na jesion, drewno jasne, dość twarde i bardzo ciężkie. Z deski zostało wycięte osiem kawałków, które następnie zostały ze sobą spasowane i sklejone. Potem wyrównać kółko, wkleić nogi i mebel już mógł sam stać. Została kwestia blatu. Tutaj wybór nie był już tak prosty, bo niestety, ładniejsze, bardziej egzotyczne gatunki, potrafią być bardzo drogie. Spotkanie w połowie drogi pomiędzy wyglądem, a ceną spowodowało, że na blat wybrałem czeremchę. Piękne, czerwone drewno z pasami bieli. Z trzech desek w tartaku wzięliśmy tą najgorszą, miała bowiem najciekawszy rysunek słojów. I ten wybór, po wielu godzinach spędzonych sam na sam ze szlifierką, zaprocentował.

Stolik Stolik
Stolik Stolik Stolik
Stolik Stolik

Taki, a nie inny wybór gatunków drewna spowodował, że stolik waży nie mało. Waga dodaje mu jednak stabilności, nie odbierając jednocześnie wdzięku. A wdzięku trochę w nim jest.

Gitary

Może to i nie stolarka a lutnictwo... Ale podobno w zakładach Defila zamiast lutników pracowali stolarze. Z kolei moja przygoda z gitarą zaczęła się od starej, chyba radzieckiej gitary klasycznej w rozmiarze 3/4. Nie wygląda ona może zbyt zachęcająco, niemniej, brzmi ładnie, głęboko. Jednak z biegiem lat zaczęło mnie ciągnąć do czegoś bardziej metalicznego w brzmieniu, do akustyka z metalowymi strunami. Szukałem, zdobywałem informacje, aż w końcu kupiłem za śmieszne pieniądze swojego pierwszego, używanego Defila. Niestety, uwierzyłem sprzedającej na słowo i nie zmierzyłem. Trafiłem znowu gitarę 3/4... Mówi się trudno. Był trochę odrapany, dodatkowo okazało się, że gryf wymaga lekkiego naprostowania. Po pracach techniczno-kosmetycznych, czyli podpiłowaniu podstawy gryfu i skręceniu go większą śrubą niż ta z którą już go kupiłem i lakierowaniu z nadaniem koloru, gitara ta okazała się równie wdzięczna w brzmieniu jak jej radziecki poprzednik.

Defil Defil

Ten defilowy akustyk był moją jedyną gitarą przez ładnych parę lat. Aż pewnego dnia kolega zapytał mi się, czy dam radę zmienić struny w gitarze jego kuzynki. Przyniósł mi dwie gitary, jedną do założenia strun, drugą na pozyskanie kluczy. Zapytany, wyjawił że dawcą ma zamiar napalić później w piecu. Uznałem, że warto spróbować się z tą gitarą pobawić. Brakowało jej jednego klucza, mostka i miała lekko rozwarstwioną przednią płytę ze sklejki. Ewidentnie uczyła się kiedyś pływać. Zeszlifowanie starego lakieru było najgorszą i najbardziej długotrwałą operacją. Podklejenie luźnych warstw i ponowne polakierowanie to już drobiazg. Mostek dorobiłem z części starego, dębowego krzesła, a siodełko mostka było jedyną częścią, którą musiałem dokupić. Brakujący klucz dolałem z żywicy epoksydowej i tym sposobem gitara mająca służyć za rozpałkę dostała nowe życie. Później trzeba było lekko przesunąć mocowanie strunociągu, żeby struny były w osi podstrunnicy, ale to już czysta kosmetyka. Niedługo potem znalazła nowy, mam nadzieję, że szczęśliwy dom.

Defil Defil
Defil Defil

A w międzyczasie z tego samego źródła dostałem pytanie czy chcę kolejną znalezioną gitarę. Ta była dość mocno zniszczona, całe mocowanie gryfu było wyłamane i wciśnięte razem z fragmentem pudła. Spalić idzie zawsze, więc dlaczego nie spróbować? Szczególnie, że nawet w tak opłakanym stanie wyglądała bardzo ciekawie. Kolejne etapy naciągania i klejenia pudła rezonansowego trwały ponad tydzień. Gryf okazał się prosty, lecz wymagał renowacji główki, która została podziurawiona na wylot gwoźdźmi. Mostek, tak jak poprzednio, z fragmentu dębowego krzesła, nowe klucze... Dodatkowo niezbędne było zaślepienie dziury powstałej po wyłamanym gryfie. Czego nie idzie ukryć, to trzeba wyeksponować, stąd w to miejsce ładnie wyprofilowana blaszka. Stary i spękany lakier pudła dostał ochronę w postaci kilku warstw bezbarwnego lakieru i gitara ponownie zagrała.

Defil Jazz Defil Jazz Defil Jazz
Defil Jazz Defil Jazz

Spotkałem się z różnymi opiniami o gitarach Defila i szczerze mówiąc, muszę zgodzić się, że są to raczej kiepskie gitary. Przynajmniej fabryczny stan zwykle pozostawia wiele do życzenia. Są one jednak bardzo wdzięczne i gdy poświęci im się trochę czasu i sił, poprawi pewne elementy i naprawi co trzeba, stają się gitarami dużo lepszej jakości, niż nowe chińskie, dostępne w podobnych cenach. A przy tym, jak widać, Defil zniesie (prawie) wszystko.

Szafka nocna

Mimo że nie był to projekt ani wielki, ani spektakularny, to jednak trudno pominąć szafkę nocną, która trafiła do mnie na warsztat. Ostatnie lata swojego dość długiego życia spędziła w piwnicy, jako szafka na narzędzia. A gdy zaczęła się psuć, gdy nóżki zaczęły gnić, została przestawiona niebezpiecznie blisko sterty z opałem...

Szafka

Renowacja przebiegła klasycznie. Najpierw rozebranie wszystkiego co nie było sklejone, później dorobienie tych części nóżek, które trzeba było odciąć, a na koniec szlifowanie. Szafka w całości była fornirowana, dlatego konieczna była ostrożność, żeby podczas tej operacji nie pozbyć się forniru w całości. Brakujące fragmenty udało się dosztukować z forniru który odpadł z nóg, a ten na nogach zastąpić orzechowym. W oryginale szafka była oklejona dębiną, jednak fornir orzechowy okazał się na tyle podobny, że różnica jest praktycznie niezauważalna. Tym bardziej, że nogi raczej nie są szczególnie wyeksponowanym elementem.

Szafka Szafka

Lakier odkrył dawno zapomnianą, głęboką barwę drewna, a ślady po kornikach i drobne niedoskonałości nabyte przez lata dodają meblowi niepowtarzalnego charakteru. Charakteru, którym można będzie się cieszyć jeszcze przez długie lata.

IP 54.224.11.137
podgląd
x