Rowery

Rower to moja główna i największa szajba. Bo czy jest coś przyjemniejszego niż wypad na rower? Kilkadziesiąt kilometrów jazdy bez większego celu i planu, po szosach i lasach. Wysiłek fizyczny i określanie własnych granic, ale czasami i krótki wypad na pół godziny dookoła osiedla.

Ostatnie lata były dla mnie trochę uboższe w dalsze wypady. Co nie zmienia faktu, że roweru nie odstawiłem. Bo rower nie jest dla mnie jedynie urządzeniem do przemieszczania. Ale po kolei...

Jaguar

Nie będę opisywał mojego pożeracza kilometrów, bo zwyczajnie nie ma czego. Najnormalniejszy w świecie, standardowy cross, lekko przystosowany na szosę. Owszem, przez te wszystkie kilometry, trochę przygód miałem, co nieco się zużyło, co innego urwało lub połamało. Ale to nadal pozostaje rower, jakich wiele. Tego samego nie mogę już powiedzieć o rowerze na codzienne dojazdy. Służył mi dzielnie przez kilka lat, a szczególnie zim i mam nadzieję, że jeszcze trochę posłuży. Tutaj priorytety były trochę inne, przede wszystkim rower miał nie kusić złodzieja, oraz wytrzymywać skrajne warunki pogodowe. Do tego idealnie nadawała się stara kolarzówka po ojcu. Romet Jaguar, topowy model tamtych lat. Datę produkcji szacuję na rok około 1970. Wyciągnięta z piwnicy wyglądała jak średnio przeciętna kolarzówka z PRLu. Aluminiowe błotniki, bagażnik, oświetlenie na dynamo. Od pełnego oryginału odróżniają ją koła na normalne opony, oraz przerzutki. Fabryka wypuściła ten rower z szytkami na kołach, oraz przerzutkami marki Romet. Ta sztuka posiada z przodu czechosłowackiego Favorita, a z tyłu japońskie Shimano SIS!

Jaguar Jaguar Jaguar

Trzeba było trochę to wszystko zmodernizować, ale przede wszystkim przywrócić do pełnej sprawności. Na pierwszy ogień poszło ogumienie. Opony rozsypały się ze starości, ale najlepsze było pod spodem. Koła, standardowe na tamte lata, 27", jedna dętka naciągnięte 26", druga 28" założone na zakładkę! Szok! Zastąpienie taśmy ochronnej jeansową tkaniną przemilczę, bo to chyba jeszcze pamiątka z czasów gdzie nie było nic... Do tego trzeba było wymienić wszystkie linki i pancerze, taśmę na kierownicy, która się zlasowała ze starości i uporać się z ogromnym luzem w sterach. Ciekawą historią może pochwalić się tylne koło. Felga, jak to często wtedy bywało, była krzywa na spawie. Kto by się przejmował? Przecież to szarpało całym rowerem wyłącznie podczas hamowania. Któregoś dnia, podczas porządków, znalazłem w piwnicy inną felgę, zapasową. Ta była już prostsza. Po zmianie, kultura jazdy, a przede wszystkim hamowania, była nieporównywalna! Na tym się jednak nie skończyło. Krawężniki, dziury, oraz mój styl jazdy po mieście doprowadził w ciągu dwóch lat do zmasakrowania tej felgi. Pod koniec swego żywota, felga trzymała się może na 4 szprychach, reszta wisiała luźna, dla ozdoby. Już nawet młotek nie pomagał w prostowaniu. Znaleziona w Internecie i kupiona kolejna, trzecia już, okazała się najlepszą jak do tej pory. Na szczęście posłużyła mi trochę dłużej, bo przeplatanie wszystkich szprych jest dość czasochłonne. Obecnie, rower ma już też trzecią kasetę. Blatów jak do tej pory nie zmieniałem, choć zdaję sobie sprawę, że powinny wylecieć razem z resztą napędu. Po pierwsze nie widać na nich wyraźnego zużycia, po drugie oryginalne nowe blaty do Jaguara są rzadkim i cenionym rarytasem na rynku. A ten rower ma być, z założenia, sprawny jak najmniejszym kosztem. Natomiast łańcuch, w naszej pięknej, zimowej solance drogowej, wytrzymuje raptem jedną zimę. I to tylko jeżeli jest regularnie smarowany.

Długo zastanawiałem się jaki błotnik zamocować. Bo że błotnik jest niezbędny, przekonałem się szybko. Wszystkie błotniki, które pasowałyby stylistycznie nie uwzględniały bagażnika, z którego nie chciałem rezygnować. W końcu, po wielu próbach, uformowałem na ciepło odpowiedni kształt z plastikowej rynny, pomalowałem na żółto i przymocowałem. Zdało to egzamin. W kontekście koloru, można zauważyć, że zmieniłem dodatki z czerwonych na żółte. Czerwona taśma izolacyjna zaczynała się lasować. A malowanie mufek na żółto, pozwoliło uwidocznić ten piękny, a zwykle niezauważany detal starych rowerów. Chrom na widelcach też nie jest oryginalny, jednak to już zasługa ojca, który w latach użytkowania tego roweru wpadł na taki, dość ciekawy w skutkach, pomysł.

Ale jak wiadomo, nic nie trwa wiecznie. Po zakończeniu studiów uświadomiłem sobie, że nie będę już wykorzystywał roweru na codzienne dojazdy. W związku z tym, pierwotne założenia zmieniły się po raz kolejny. Postanowiłem zrobić rower do, tak zwanego, lansu na mieście.

Jaguar Jaguar

Na początek wyleciał bagażnik i błotnik. Kolarzówka znowu stała się rowerem sportowym. Potem przyszła pora na kompletną rozbiórkę, malowanie i złożenie. Stopień zniszczenia przez sól drogową był przerażający, ale do naprawienia. Praktycznie wszystko, poza odkręceniem, wymagało też odklejenia, natomiast lakier na dolnej rurze ramy nie istniał. Na szczęście stosunkowo niewiele było pordzewiałe. Szybki szlif, podkład i lakier. Baza to czarny mat, mufy tym razem w bieli. Połaczenie czerni, bieli i chromów wyszło naprawdę pięknie! Do tego doszła biała owijka na kierownicy i siodło przerobione na biało. Rower dostał też nowe obręcze i szprychy. Tym razem współczesne, aluminiowe. Komfort jazdy dzięki temu bardzo się podniósł, a i przyczyniło się to także do wagi, gdyż nowe felgi są prawie o połowę lżejsze.

Jaguar Jaguar Jaguar

Co prawda własności wyścigowe tak odświeżonego Jaguara nadal pozostają w tyle względem współczesnych rowerów. Jest on dość ciężki, ze stalową ramą i wolny, co wynika z "cywilnych" przełożeń. Jednak po kapitalnym remoncie odzyskał dawny charakter i znowu, jak za czasów swojej młodości, zwraca na siebie uwagę.

Wigry 3

Poczciwego "składaka" chyba nikomu przedstawiać nie trzeba. Składane rowery zostały wynalezione na potrzeby armii, a po wprowadzeniu kilku udoskonaleń przyjęły się w zastosowaniach cywilnych. W Polsce historia "składaków" zaczęła się od rometowskich Karatów, które prawdopodobnie z racji na swój wiek, są już obecnie rzadko spotykane. Dużo popularniejszy jest także produkowany w Romecie model Wigry, a najczęściej obecnie spotykaną wersją jest Wigry 3. I taki też model był moim pierwszym rowerem (nie licząc Smyka z bocznymi kółkami). Czerwony lakier, czerwone, baloniaste opony. Do tego grzechoczące kuleczki na szprychach. Tak się prezentował w pierwszych latach służby u mnie. Nie był już wtedy nowy, ponieważ z numeru seryjnego wynika, że został wyprodukowany w roku 1989. Niemniej, nowe siodło i piankowe chwyty robiły swoje.

Jak nietrudno się domyślić, rower był użytkowany dość intensywnie. Najpierw po osiedlu, potem wyemigrował na ogródek działkowy. Nie raz się przewrócił, czasami razem ze mną, czasami źle oparty na nóżce. Nie raz też służył za taczkę, czy wózek transportowy. I po wielu latach takiego użytkowania, niestety zaczęło być to po nim widać... Pierwsze rysy i odpryski próbowałem zabezpieczać, niezawodną na wszystko, taśmą izolacyjną, ale po niedługim czasie rower był już wystarczająco pstrokaty, żebym zaczął myśleć o jego malowaniu. To miała być moja pierwsza tak kompleksowa operacja. Przedtem już nie raz rozkręcałem go na drobne smarując łożyska, więc rozebranie całości na drobne nie było specjalnie trudne. Dopiero przygotowanie pod lakier dało mi się we znaki. Zmatowienie resztek lakieru, dojście we wszystkie zakamarki... Głupio odpuścić w połowie. Potem kilkukrotne malowanie na ognistą czerwień, poczekanie do wyschnięcia i poskładanie w całość. Przy okazji wymieniłem oryginalną przednią, plastikową lampkę na starą, metalową, znalezioną kiedyś w jakiejś graciarni. Oczywiście przemalowaną na odpowiedni kolor. Dynamo zamieniłem na starsze, aluminiowe, bardziej pasujące do stylistyki roweru. Przez następne kilka lat zmieniłem chwyty, oraz przykręciłem błotniki. Trochę dziwne, jak wielki problem sprawiło mi kupienie tych rzeczy w odpowiedniej stylistyce. Ale udało się.

Wigry 3

Pomimo wielu niedogodności, Wigry 3 nadal pozostaje w ciągłym użytku. Może ciut za mały, może powolny w porównaniu z innymi rowerami. Jednak nie ma bardziej zwrotnego i wygodnego w jeździe roweru. Na krótkie i kręte działkowe ścieżki nadaje się idealnie. A i niejedno da się na nim przewieźć. Wielofunkcyjność tego roweru jest zaskakująca. Służył mi jako ośmiolatkowi i służy mi do dziś. Wtedy był dla mnie za duży, teraz jest za mały, ale nigdy nie stanowiło to wielkiej przeszkody. Był czas, kiedy jeździć "składakiem" to był wstyd. Jednak obecnie obserwuję powrót tego typu rowerów w nowej, odświeżonej wersji. Z aluminiową ramą, przerzutkami i lepszymi hamulcami. A stare Romety są tylko w jednym wyjątkowe - ich już nie przybędzie.

Mifa S1

Najciekawszy rower jaki miałem okazję składać, to przy okazji też, najlepiej udokumentowana zdjęciami renowacja w mojej karierze. A historia zaczyna się gdzieś w okolicach roku 2007...

Jako jeszcze nastoletni szczyl zacząłem jeździć na rowerowe rajdy turystyczne i na jednym z takich rajdów zauważyłem Rower. Właściciel, na oko rocznik przedwojenny, przyjechał na swoim pierwszym i jedynym rowerze w życiu. Ogromna rama, skórzana torba na kierownicy, lampa Boscha... Reakcja z mojej strony była przewidywalna, a decyzja zapadła bardzo szybko: ja taki chcę!

Mifa

Poszukiwania nie należały do łatwych. Znałem tylko markę roweru. Cała reszta opierała się na jednym niewyraźnym zdjęciu i mojej pamięci detali. W końcu w Bojanowie za Lesznem znalazłem to czego szukałem. Na zdjęciach wyglądał całkiem nieźle, należał też do dość tanich. Niestety, zdjęcia nie do końca oddawały stan faktyczny.

Mifa Mifa Mifa

Cały rower był wyropowany, żeby lepiej wyglądał podczas sprzedaży. Śmierdział przez to niemożebnie! Łańcuch był tak wyciągnięty, że na połowie obwodu blatu różnica wynosiła ponad jedno oczko! Ale przynajmniej sprawiał wrażenie kompletnego. Nie pozostawało nic innego, jak zabrać się za remont. Większość śrub puściła, ale byłoby za dobrze, gdyby nie znalazła się jakaś uparta. Jedna korba nie chciała zejść z suportu. Koniec końców, skończyło się na podgrzaniu całości palnikiem i użyciem dość dużego młotka... I tym sposobem zacząłem szukać pierwszej części - osi suportu marki Renak.

Mając już wszystkie części osobno, konieczne było pozbycie się rdzy i resztek lakieru. Na szczęście w tamtym czasie miałem dostęp do wiertarki stacjonarnej. Szczotka stalowa w futerko i do roboty. Zajęło mi to kilka dni, ale opłacało się. Na goły metal minia podkładowa, szlifowanie na mokro i lakier. Oczywiście tylko czarny z połyskiem wchodził w grę. W międzyczasie, za sprawą bliższych oględzin, okazało się, że niemiecki rower oświetlenie ma polskiej firmy ZZR. No cóż, trafił się typowy wiejski kundelek, dlaczego to zmieniać? Niestety, już podczas próbnego składania wyszło na jaw, że tylna piasta też jest nieoryginalna. Obydwie piasty były z ZZRów, jednak o ile z przodu to nie przeszkadzało, o tyle tył stwarzał dużo problemów. Większa średnica powodowała, że łańcuch musiałem skuwać z dwóch, gdyż nie było tak długiego w żadnym sklepie. Również linia łańcucha pozostawiała wiele do życzenia. A jak wiadomo, w jednobiegowym rowerze linia powinna być idealnie równoległa do osi roweru. I tym sposobem zacząłem szukać drugiej części - tylnej piasty marki Renak.

Mifa Mifa Mifa

Szczegóły takie jak przeplecenie obręczy na nowe szprychy, oraz puszczenie nowej elektryki to oczywistość. Niestety, elementy chromowane także wymagały naprawy... To, poza samym zakupem roweru, do teraz pozostaje najdroższym elementem całego projektu. I żeby nie było za idealnie, w galwanizacji zaginął element mocujący dźwignię przedniego hamulca. Trudno, trzeba było dorobić nowy i dać ponownie do chromowania. Z ciekawszych rzeczy, jeszcze mogę wymienić siodło, które to wymagało odświeżenia starej i spękanej skóry. Żeby było idealne, potrzebna byłaby wymiana całego poszycia na nowe, ale tylko dobrze natłuszczone zachowało stary, niepowtarzalny wygląd. Sporym problemem okazały się także opony. Nie dlatego, że oryginalny, szosowy bieżnik jest niedostępny w tym rozmiarze, ale dlatego, że zacząłem kombinować. Jedna z gum na których ten rower kupiłem nie dała się ponownie założyć po jej zdjęciu. Ale czego się dziwić oponie wyprodukowanej jeszcze w ZSRR... Po prostu się zlasowała. W piwnicy leżakowała prawie nieużywana opona o właściwym rozmiarze i terenowym bieżniku. Założyłem i spodobało mi się. Rower zyskał trochę świeżości dzięki temu. Problemem okazało się dokupienie właściwej opony na przód, z powodu specyficznego hamulca. Element cierny spotyka się tutaj bezpośrednio z oponą, dlatego też założenie typowo terenowej opony drastycznie skróciłoby żywotność... i pytanie co pierwsze by się poddało. Potrzebna była opona o klockach na boku, i gładkim bieżniku po środku. W końcu znalazłem! Ale to była najdroższa opona rowerowa w moim życiu.

Mifa Mifa

I to byłoby na tyle, jeżeli chodzi o projekt przywrócenia życia temu rowerowi. Ale oczywiście, nie koniec historii. Po kilku latach frajdy z jeżdżenia nadwarciańskimi ścieżkami, wybrałem się na zlot Poznańskich Klasyków Nocą. Impreza w sumie samochodowa, ale ludzie zwariowani na punkcie wszystkiego co jest stare i ma koła. Nie pomyliłem się. Spotkałem tam człowieka, który podał mi stronę gdzie mogłem sprawdzić rok produkcji po numerze seryjnym. Mimo kiepskiej znajomości języka niemieckiego udało się znaleźć zarówno model, jak i rok produkcji. I tak oto zwykła Mifa stała się Mifą, model S1 z roku 1957. Na tym samym zlocie przekonałem się także, że dynamo nie nadaje się do szybkiej jazdy. Dynama firmy ZZR, a przynajmniej model, który posiadam, są nakręcane na gwint i kontrowane nakrętką. I ta kontra się odkręciła... Na szczęście znalazłem większość części i dynamo udało się później poskładać.

Mifa Mifa Mifa

Jazda tym rowerem jest nieporównywalna z żadnym innym, na jakim do tej pory zdarzyło mi się jechać. Przy pierwszym kontakcie rower sprawia wrażenie, jakby bardzo chciał jechać prosto. I tylko prosto. Dosłownie prostuje się w zakrętach. Efekt ten szybko daje się okiełznać, a uczucie tego prostowania zakrętów nadaje niezwykły komfort jazdy. Niemniej, trzeba cały czas pamiętać, że dosiada się ponad półwiecznego roweru. Szczególnie uciążliwe jest torpedo, które potrafi się poślizgnąć podczas pedałowania. Niestety, wyfrezowania pod wałki przez lata wytarły się do tego stopnia, że nie zawsze zadziała to tak, jak powinno. Ale jest to chyba jedyny element wynikający z wysłużenia. Cała reszta rzeczy które trzeba mieć na uwadze podczas jazdy wynika, wydaje mi się, z faktu, że rower został zaprojektowany do innych celów niż współczesne rowery, a i nikomu nie przyszło wtedy do głowy używać tego roweru do wyścigów.

Puchatek

Nie raz zdarzało się serwisować nie swój rower. Najczęściej nie są to rowery w najmniejszym stopniu ciekawe. Ale czasami pojawia się taki rower, że sam zgłaszam się z serwisem na ochotnika. Taki rower spotkałem w pewnej piwnicy, obok hałdy węgla na zimę. Uwierzyłem na słowo, że jest niebieski i obiecałem się nim zająć.

Puchatek

Rowerek dziecięcy na 16-calowych kołach, ZZR Puchatek. Powiedzieć, że był brudny, to jakby nic nie powiedzieć. Ale też był przy tym wyjątkowo zadbany technicznie. Nasmarowana była każda śrubka, każde łożysko, dosłownie wszystko. Rama i błotniki poobijane i troche poobdzierane, ale który kilkulatek dba o takie rzeczy?

Wspólnie z właścicielem piwnicy doszliśmy do wniosku, że najlepiej będzie zostawić rower w stanie oryginalnym. Przywrócić mu tylko sprawność i umyć. Z tego powodu, cała renowacja ograniczyła się do wymiany smaru, dokładnego umycia z odmaczaniem i wyprostowania co bardziej pogiętych elementów. Nowe są wyłącznie opony i dętki. Cała reszta, co do jednej śrubki są oryginalne. Pozszywania wymagało też siodło o konstrukcji na dwóch sprężynach głównych i sprężynach poziomych pod poszyciem. Ciekawy jest także brak hamulców. Ten rowerek jest ostrym kołem! I wszystko wskazuje na to, że jest to rozwiązanie fabryczne.

Puchatek Puchatek Puchatek

Co mnie najbardziej zdziwiło w kwestii tego roweru, to kompletny brak jakichkolwiek danych o nim. Rowery dziecięce ZZR, czy Rometu, we wszystkich źródłach, jakie znalazłem, są pomijane. Wiem o nim tylko, że jest to ZZR Puchatek, wyprodukowany pomiędzy 1948 a 1971. I tak naprawdę, głównie brak jakichkolwiek informacji zmotywował mnie do opisania dość ciekawego roweru, o całkiem nudnej historii.

Ukraina

W pewnym momencie dosięgła mnie potrzeba przewiezienia jakiegoś roweru na użytek weekendowy. I wtedy, pomimo kilku sprawnych technicznie rowerów, doszedłem do wniosku, że żaden z nich nie nadaje się do tego celu. Musiałem zorganizować coś nowego.

Ukraina

Plan był prosty. Kupić stary rower, odgruzować, przeserwisować i wywieźć na miejsce użytkowania. Wymagania co do roweru też były proste. Miał być tak tani jak to się da, oraz tak prosty, żeby nie miało się co zepsuć. A przy okazji miał mi się podobać.

Ukraina Ukraina

Tani, prosty i nie do zdarcia? Ukraina! Bo ruski sprzęt psuje się albo natychmiast po opuszczeniu fabryki, albo nigdy. Znalezienie taniej i rokującej Ukrainy nie było specjalnie trudne. Nawet nie trzeba było po nią daleko jechać. Koła miała w dobrym stanie, a opony trzymały ciśnienie. Niestety, dalszy serwis pokazał dlaczego była taka tania. Zerwany gwint miski suportu zakwalifikował ramę na złom. Szczęśliwie udało mi się wtedy kupić kolejny, jeszcze tańszy, ruski rower. Ural, pomimo że ma trochę inną kierownicę i inaczej skręcany suport, jest w pełni kompatybilny z Ukrainą. Miał zgnite felgi, rozsypujące się ze starości opony i pogięty bagażnik. Ale zdrową ramę. Co prawda nie obyło się bez drobnej interwencji spawalniczej, ale był to naprawdę drobiazg. W ten sposób udało mi się poskładać jeden rower z dwóch, uzyskując całkiem fajny rower w stylu rat-bike. Z nowych rzeczy musialem dokupić tylko łańcuch, kliny do korb i dzwonek. Tylny odblask znalazłem w szafie.

Ukraina Ukraina

Rower jest wyposażony w absolutne minimum. Spratańska prostota ma spowodować większą bezawaryjność sprzętu, którego nie będę miał czasu i okazji zbyt często serwisować. Czy tak będzie, czas pokaże.

IP 3.80.177.176
podgląd
x